Przejdź do zawartości

Bóg mój i wszystko moje

26 maja 2011, 12:54 w Zasoby, Świadectwa

BÓG MÓJ I WSZYSTKO MOJE

 

Ks. Franciszek Chowaniec: święcenia kapłańskie przyjął 30 czerwca 1957 r., emeryt, archidiecezja krakowska.

 

Urodziłem się w 1931 r. we Włosienicy koło Oświęcimia. Miałem wspaniałych rodziców. Wykształcenie mieli podstawowe, wtedy tylko takie było możliwe. Odznaczali się wielką kulturą ducha, byli wielkimi patriotami. Zimowe wieczory były wypełnione czytaniem książek takich autorów, jak A. Mickiewicz, J. Słowacki, H. Sienkiewicz, a także innych polskich pisarzy. Rodzice mieli gospodarstwo 6-hektarowe. Lata 1931-1939 były piękne, przeżyte w atmosferze spokoju i miłości rodzinnej.

W czerwcu 1939 r. skończyłem pierwszą klasę podstawówki. Do drugiej klasy chodziłem jeden tydzień, Niemcy zabrali kierownika szkoły Józefa Suskiego do obozu, skąd już nie wrócił. Szkoła przestała istnieć.

We wrześniu 1939 r. zmieniło się wszystko. Straszna okupacja, życie w odległości ośmiu kilometrów od obozu zagłady w Oświęcimiu. Był to czas wielkiej niewoli i niepewności, co będzie jutro. Za pomoc wysiedlonym Tata został aresztowany i osadzony w więzieniu, zabrano nam piękne konie i część pola pod baraki budowane dla wysiedlonych z miejsc budowania fabryki chemicznej na terenie Dworów i Monowic.

W styczniu 1945 r. przyszło „wyzwolenie” z niewoli niemieckiej. Pojawili się żołnierze w polskich mundurach. Była niedziela, w kościele zabrzmiała pieśń „Boże coś Polskę”… Lud w kościele płakał z radości. Byłem już ministrantem, to mnie wiązało z ołtarzem, przy którym posługiwałem i w kręgu którego wzrastałem. Bardzo dużo zawdzięczam w tym okresie ks. Aleksandrowi Kotule T.S., który przygotował mnie do Pierwszej Komunii św. 18 maja 1940 r. i ks. Józefowi Bylicy, proboszczowi, który przyjął mnie do grona ministrantów. W latach 1945-1947 skończyłem IV i V klasę we Włosienicy. Wdzięczny jestem moim nauczycielom za trud i dobro w odrabianiu zaległości okupacyjnych w szkole.

W 1947 r. rozpocząłem VI klasę w szkole im. St. Wyspiańskiego w Oświęcimiu. Po tygodniu przeniesiono mnie do VII klasy. Mój katecheta ks. Stanisław Domino T.S. zapalił we mnie miłość do liturgii, podarował mi mszalik niedzielny, mam go do dziś. Przygotował mnie do sakramentu bierzmowania, którego mi udzielił książę kardynał Adam Stefan Sapieha, arcybiskup metropolita krakowski, uwielbiany w naszej rodzinie. Siedem miesięcy później, w czasie wizytacji, wpisał mi się do pamiętnika: Deus te benedicat. Włosienica 18/5 48. Card. Sapieha.

W 1948 r. rozpocząłem szkołę średnią u Salezjan w Oświęcimiu. Tu otrzymałem formację do bycia w pełni człowiekiem i katolikiem. Zawdzięczam to księżom i świeckim nauczycielom, szczególnie ks. Leonowi Musielakowi T.S. i wychowawcy p. Józefowi Sadowskiemu. Były to bardzo trudne lata terroru komunistycznego i bohaterskiej postawy księży i świeckich profesorów mojego gimnazjum. Te lata zaważyły na moim życiu i powołaniu do kapłaństwa i pracy z młodzieżą.

Rok 1952 to rok matury. Przed maturą Urząd Bezpieczeństwa aresztował naszego polonistę, niezłomnego ks. Leona Musielaka. Egzaminy zdawaliśmy z wszystkich przedmiotów. Na 24 maturzystów zdało egzamin dwudziestu. Matura, świadectwo dojrzałości… Czy człowiek był dojrzały? Do dojrzałości dorasta się przez całe życie.

Wybór kierunku studiów skończył się ostatecznie teologią na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po egzaminie wstępnym przyjęto na UJ połowę tych, którzy byli przyjęci do Seminarium. W niedługim czasie zlikwidowano Wydział Teologiczny na Uniwersytecie.

Rozpoczęły się nowe zmagania o powołanie na wybranej drodze. To św. Teresa od Dzieciątka Jezus zdecydowała, że nie odszedłem z seminarium zaraz w pierwszym miesiącu. Ona jest patronką mego powołania kapłańskiego.

Pobyt w seminarium przypadł na czas bardzo trudny dla Kościoła w Polsce. Trwał wtedy proces Kurii Metropolitalnej. Aresztowano ks. abp. Eugeniusza Baziaka, a potem wypędzono go z diecezji. Administratorem został ks. bp Franciszek Jop z Sandomierza. Był to czas wielkich trudności i niepewności o jutro.

Święcenia przyjąłem w katedrze wawelskiej z rąk ks. abp. Eugeniusza Baziaka 30 czerwca 1957 r. Na moim obrazku prymicyjnym i jubileuszowym 50-lecia umieściłem zdanie św. Franciszka z Asyżu: „Bóg mój i wszystko moje”.

Cel osiągnięty! A była nim realizacja posługi w kapłaństwie. Konfrontacja – po co szedłem do seminarium, jaki miałem wtedy plan, jaki cel. Teraz mam łaskę posługi, łaskę służby, a więc rozpoczęcie realizacji tego planu, tego celu.

Pierwsza parafia – Sułkowice – rozpoczęcie praktyki u Pana, we wspólnocie Kościoła. Pierwszy proboszcz – ks. Jan Sidełko, staruszek, schorowany, a tak gorliwy, święty. Z kolegą rocznikowym ks. Stanisławem Lejawką staraliśmy się podtrzymywać Jego ręce jak biblijni młodzieńcy Mojżeszowi. Wspólnota Pana, Kościół to dzieci, młodzież, dorośli. Cztery lata tej służby.

Rok 1961. Nowa placówka – Nowy Targ – wikary i katecheta: technika i szkoły zawodowe. Dużo trudu, dużo radości. Praca katechetyczna z młodzieżą nie pozwalała na starzenie się. Dziewięć lat zmagania się o odnowę soborową, liturgiczną i o odnowę człowieka. Pierwsza szkoła lektorów w diecezji, pierwsze błogosławienie do tej posługi przez ks. kard. Karola Wojtyłę.

Rok 1971. Powrót do seminarium, czas osobistej odnowy, tym razem rok dłużej niż za czasów kleryckich i w charakterze przełożonego. Praca radosna, ale bardzo odpowiedzialna i trudna. W seminarium przełożony nie jest nauczycielem i wychowawcą. W seminarium są ludzie ze świadectwem dojrzałości. Tu trzeba być świadkiem Chrystusa. Klerycy to wspólnota studentów, a więc ludzi dociekliwych, sprawdzających, krytycznych i tak patrzących na innych, zwłaszcza na przełożonych. Kochałem ich z tymi wszystkimi zaletami pozytywnymi i negatywnymi.

W pracy jako duszpasterz Służby Liturgicznej i Ruchu Światło-Życie zawsze mogłem na nich liczyć. Oni najwięcej włączali się w prowadzenie rekolekcji wakacyjnych i w pracę w parafiach z grupami liturgicznymi, oazowymi. Oni byli prekursorami pracy z grupami oazowymi, które były wtedy nowością w Kościele posoborowym. Patronował temu ks. kard. Karol Wojtyła, a także ówczesny rektor seminarium, a potem ks. kard. Franciszek Macharski. Ruch odnowy soborowej wyrażający się w Ruchu Światło-Życie miał dwóch wielkich patronów: założyciela sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego i wielkiego protektora sługę Bożego ks. kard. Karola Wojtyłę – Jana Pawła II. To im Kościół w Polsce zawdzięcza tak wiele w odnowie duszpasterskiej. Ci wszyscy, którzy idą ich śladami i pracują z pełną odpowiedzialnością z dziećmi, młodzieżą, rodzinami, to naprawdę szaleńcy boży.

Dziś jestem emerytem. Jestem nim jedynie ze względu na lata życia, ale jako włączony w służebne kapłaństwo Chrystusa, czy mogę być emerytem? Chrystus Pan dał mi łaskę pięćdziesięciu dwu lat służeniu Mu w kapłaństwie. Patrząc w tył, to czas na rachunek sumienia. Patrząc w przód to finisz przed metą do Bramy, gdzie życie przemieni się w Życie u Pana. Wśród rzeszy dobrych ludzi, przyjaciół, wzorów dobrego, świętego życia, moimi największymi świadkami Chrystusa, żyjącymi razem ze mną byli trzej kapłani: ks. Leon Musielak, salezjanin, sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki i sługa Boży ks. kard. Karol Wojtyła – Jan Paweł II.

Największym szczęściem dla mnie jest stawać codziennie przy ołtarzu, by sprawować Eucharystię i siadać w konfesjonale, by być narzędziem jednania człowieka z Bogiem, choć jest to trudna i ciężka posługa.

Panie, Ty jesteś Drogą, spraw, bym szedł nią do końca.

Ks. Franciszek Chowaniec

 

Z książki Kajetana Rajskiego Oto jestem. Kapłani o powołaniu