Przejdź do zawartości

Daj mi, Panie, miłość Twoją

17 maja 2011, 10:10 w Zasoby, Świadectwa

Tagi:

DAJ MI, PANIE , MIŁOŚĆ TWOJĄ, A TO MI WYSTARCZY

S. Dawida Ryll CSSMA: profesję wieczystą złożyła 15 sierpnia 1989 r., sekretarka generalna zgromadzenia, dom zakonny w Miejscu Piastowym, Zgromadzenie Sióstr św. Michała Archanioła.

Miałam starsze od siebie rodzeństwo: dwie siostry i trzech braci. I bolałam nad tym, że byłam najmłodsza, bo nie miałam kogo niańczyć, a przepadałam za małymi dziećmi. Marzyłam, że jak urosnę i wyjdę za mąż, też będę miała dużą rodzinę i nacieszę się słodkimi maleństwami. Ale zanim to miało się stać, pełniłam rolę niani przy moim siostrzeńcu i kuzynie. Byłam może w trzeciej klasie, gdy starsza o osiem lat siostra „postraszyła” rodziców, że pójdzie do zakonu. Ona pewnie powiedziała to w żartach, ale ja bardzo się przestraszyłam, choć do dziś nie wiem, dlaczego. Przecież nie miałam pojęcia o klasztorze, a siostrę zakonną widziałam raz, gdy mama pokazała mi ją gdzieś na targu lub na dworcu. W mojej parafii nie było nigdy placówki zakonnej, a przede mną z mojej miejscowości żadna dziewczyna nie poszła do klasztoru.

Ale poznawałam Jezusa. Mówiła mi o nim babcia, mama uczyła się do Niego modlić, a ksiądz na religii cudnie opowiadał o Jego życiu i o Jego miłości do ludzi. Toteż i ja chętnie z Nim rozmawiałam, zwłaszcza pośród pól i łąk, które otaczały mój rodzinny dom. Co więcej, nigdy nie smuciłam się, że muszę sama pokonywać ponad kilometr, a później trzy kilometry do szkoły, bo miałam czas cieszyć się bliskością Przyjaciela. Do szkoły wtedy też chętnie chodziłam, często docierałam nawet przed panią, która tę szkołę otwierała. W siódmej klasie uznałam, że skoro czekam na lekcje, a w pobliżu jest kościół, to przecież mogę uczestniczyć codziennie we Mszy św. I właśnie w tym roku podczas jednej z niedziel do kościoła zawitały siostry zakonne. Prosiły, by modlić się o powołania. Każdy, kto zadeklarował się, że raz w tygodniu ofiaruje w tej intencji swój udział we Mszy św., wpisywał się do specjalnej księgi modlitw. Pomyślałam, że skoro jest taka potrzeba, to dla mnie żaden problem modlić się o powołania, bo i tak codziennie uczestniczę we Mszy św. Mniej więcej po roku takich modlitw uświadomiłam sobie, że Pan Bóg może tę modlitwę „przeciw mnie obrócić”, więc zaczęłam dodawać, aby mnie przypadkiem nie powoływał.

W tym okresie zaczęłam bywać na zabawach, dyskotekach. Lubiłam tańczyć i chętnie przebywałam w towarzystwie chłopców. W liceum miałam wspaniałe koleżanki i sympatycznych kolegów. Do dziś przetrwały przyjaźnie z tamtych lat. Ale to dawało sposobność do różnych imprez, urodzin, imienin… I nikt wtedy nie przypuszczał, że w moim sercu rosła tęsknota za Bogiem. Chciałam Go „mieć więcej” i nie wiedziałam, jak to zrobić.

Jeden z moich kolegów z klasy opowiadał o swojej sąsiadce, która wstąpiła do zakonu. Zaintrygowało mnie to. Zaczęłam dopytywać o szczegóły. A on dał mi adres, abym sama napisała i zapytała o wszystko, co mnie interesuje. Wstydziłam się jednak rozpocząć korespondencję. Zapytałam, czy nie mógłby jakoś załatwić, by któraś z sióstr pierwsza do mnie napisała. I wkrótce otrzymałam list – serdeczny, prosty, jak od dobrej znajomej. Rok później pojechałam na rekolekcje dla dziewcząt. Nie zdawałam sobie jednak wtedy sprawy, po co to wszystko robię. Aż kiedyś, gdy przyszedł kolejny list od siostry Teony, moja ciocia zapytała: „Dlaczego tak piszesz z zakonnicami? Do zakonu się wybierasz?”. Roześmiałam się szczerze, bo zabrzmiało to jak żart, ale gdy wróciłam do siebie, pytanie nie dawało mi spokoju. „No właśnie, dlaczego tak mi zależy na kontakcie z siostrami? Właściwie to ja rzeczywiście… się wybieram”. I w chwili tego „odkrycia” odczułam wielką radość. Parę miesięcy potem pojechałam do sióstr i prosiłam o przyjęcie. Prośbę moją przyjęły, ale nie mnie. Kazały wracać i kończyć szkołę. Powiedziały, że mogę wstąpić po maturze.

Przez prawie dwa lata żyłam jako kandydatka… w sercu. Na zewnątrz nic się nie zmieniło. Nadal chodziłam do szkoły, nadal zarówno chętnie się modliłam, jak i bawiłam. Nadal spotykałam się z chłopakami, chociaż, gdy któryś poważniej zaczynał traktować naszą znajomość, wycofywałam się. Chciałam być uczciwa wobec niego i wobec tego, co we mnie. Tylko jednemu z nich, który dla mnie samej zaczynał zbyt wiele znaczyć, powiedziałam prawdę, że chcę iść do klasztoru. Potem przy każdym spotkaniu powracał ten temat, a na pożegnaniu usłyszałam słowa: „Nie wyjeżdżaj, proszę. Jeśli zostaniesz, obiecuję, że nie pożałujesz”. Wyjechałam jednak. I nie żałuję.

Oprócz tego chłopaka, o mojej decyzji wiedziała tylko babcia. Nie wyrażała żadnej opinii, ale wspierała mnie na swój sposób. Ona zawsze, cokolwiek bym nie zrobiła, była po mojej stronie. To ona dała mi doświadczenie bezwarunkowej miłości, dlatego łatwiej było mi wierzyć w taką miłość ze strony Boga. Mamie napomknęłam kiedyś, by ją troszeczkę przygotować. Było to jednak bardziej w formie pytającej: „a gdybym tak poszła?”, niż twierdzącej, że „chcę pójść”. Wówczas odpowiedziała, że dla niej najważniejsze jest, abym była szczęśliwa. Tyle że w moje szczęście w zakonie absolutnie nie mogła uwierzyć. Dlatego, gdy naprawdę zaczęłam się pakować i gdy wyjechałam, mama wylewała hektolitry łez. Rodzina ukrywała to przede mną. Dopiero gdy przyjechałam po pierwszych ślubach, dowiedziałam się w domu, że przez rok mojego postulatu mama po prostu „wyła” z bólu. Nie można jej było na chwilę zostawić samej, tak rozpaczała. A tato? Czułam, że się cieszy i że ma w sercu pokój, ale przez solidarność z mamą, nie chciał tego okazywać. A pierwszy raz widziałam łzy w jego oczach, gdy mnie błogosławił przed złożeniem ślubów. Nie były to łzy smutku.

Mnie samej najtrudniej było przez ostatnie dwa tygodnie przed wstąpieniem. Myślałam nieustannie, czy dobrze robię, czy ja sobie tego wszystkiego nie wymyśliłam, czy to rzeczywiście Pan mnie powołuje. Ale stwierdziłam wtedy: „Pojadę. Skoro przez prawie dwa lata nie miałam wątpliwości, to teraz te obawy mogą być po prostu pokusą. A jak nie, to wrócę i już”. I jeszcze w drodze do zakonu targały mną niepokoje. Ledwie jednak stanęłam przed klasztorem – wszystko się wyciszyło jak ręką odjął. I to mnie upewniło, że jestem na właściwej drodze.

A potem? Bywało różnie. Zauważyłam jednak przedziwną rzecz. Kiedy doskwierało coś bardziej, ani razu nie myślałam o odejściu. Dziś, po latach wiem, że to był taki Boży parasol ochronny nade mną. Dwukrotnie jednak łamało mnie trochę od wewnątrz. W nowicjacie przypomniałam sobie te małe dzieci, które tak chciałam mieć, marzenia o mężu i leśniczówce, wokół której miały rosnąć dzikie róże i… zaczęłam się snuć smutno po klasztorze. Siostra mistrzyni wypatrzyła od razu smętki w moich oczach i zaprosiła na rozmowę. Odesłała do spowiednika i… okazało się, że wystarczyło głośno ponazywać swoje tęsknoty, a ustąpiły. Tajone w sercu stawały się niezłą furtką dla kusiciela.

Potem jeszcze ten kolega z licealnych lat. Przyjechał, gdy po ślubach byłam w domu rodzinnym na urlopie. Rozmawiał ze mną ponad dwie godziny (zawsze świetnie mi się z nim rozmawiało), pytał, czy nie wrócę, i …odszedł z płaczem. Wtedy i mnie bolało, bardzo. Łzy innych ludzi zawsze wzruszają…, a łzy ludzi drogich sercu stają się jak rozżarzona stal, przepalają na wylot. Ból przycichł po jakimś czasie, pozostała modlitwa i dobre wspomnienie. Od tamtej pory nie spotykaliśmy się więcej.

A życie toczyło się dalej, szybko, coraz szybciej. Zaraz po nowicjacie zaczęłam pracować jako katechetka w Warszawie. Jednocześnie uczyłam się w Studium Katechetycznym. W parafii spotykałam wielu zaangażowanych religijnie i artystycznie studentów. Zaczęła się współpraca z nimi. Wtedy pomyślałam, że dobrze byłoby skończyć studia, by nie być intelektualnie w tyle. Ale czas mijał i moje pragnienia zaczęły mnie niepokoić. Pomyślałam, że mogę nigdy na te studia nie pójść i co…, będę taką zgorzkniałą zakonnicą, co się nie zrealizowała? I „zabrałam się za siebie”. Długie miesiące zmagań, by szczerze Panu zaofiarować te pragnienia i zgodzić się na bycie „w tyle”. Jezus nie był dłużny. Przyszedł z pomocą. Odetchnęłam w prawdziwej wolności serca. I wtedy… zostałam wysłana na studia. Dziś mam ukończone dwa fakultety, a nie czuję się przez to wcale mądrzejsza ani bardziej wartościowa. Karcę się, gdy słabnie duchowa gorliwość i żałuję wszystkich nadszarpniętych kart z księgi wierności.

Po ośmiu latach formacji: roku postulatu, dwóch latach nowicjatu i pięciu latach junioratu złożyłam w 1989 roku w Miejscu Piastowym profesję wieczystą na ręce przełożonej generalnej, m. Remigiuszy Dziewit.

Obchodzę właśnie 25-lecie pierwszych ślubów zakonnych. A jest to okazja nie tyle do świętowania, ile do refleksji nad swoim życiem. Czy zażyłość z Panem, któremu ślubowałam, wzrosła przez ten czas? Czy poczucie własnej niemocy, bezsilności wobec oporów mojej natury zaowocowało zwątpieniem, stagnacją, czy większym zaufaniem Bogu, powierzeniem się Jego wiernej miłości?

Przez 18 lat uczyłam dzieci i młodzież. Trochę języka polskiego, trochę religii. Nie jest łatwo być nauczycielem, ale kocham tę pracę, bo kocham ludzi, do których mnie Bóg posyła. Pragnę, by dobro, z którego dane jest mi korzystać, stawało się ich udziałem. Żal mi tych, którzy nie znają Chrystusa, którzy zamykają przed Nim swoje serce, bo zdaję sobie sprawę, ile tracą, jak zubażają swoje życie. Wiem, że dobra literatura, nie tylko religijna, uwrażliwia serce i otwiera na piękno, na prawdę, na miłość. I chciałabym rozsmakować młodzież w czytaniu poezji i prozy. Kiedy jej zasmakują, to jest szansa, że „podsycony głód” skłoni ich do szukania Słowa, które daje życie, które jest Życiem. I z radością podejmowałam się misji uwrażliwiania intelektualnego i duchowego „podniebienia” swoich uczniów.

Dziś pełnię funkcję sekretarki generalnej i mój bezpośredni kontakt z dziećmi i młodzieżą jest sporadyczny. Przykre? Troszkę tak. Ale jest jeszcze słowo, które dociera w inny sposób do młodych ludzi. Administruję stronę internetową www.michalitki.pl, redaguję nasz kwartalnik „Zwiastun”, do wielu osób dotarły już moje książki Dom w cieniu skrzydeł, Małe wędrowanie, Przestrzeń ofiarowana, Bez poziomek, Ścieżki niedalekie. A w zgromadzeniu są moje byłe uczennice, w seminariach i na parafiach moi dawni uczniowie… Wielu innych, choćby przypadkowo spotkanych, ofiarowuje mi to, co dla człowieka niezwykle cenne – serdeczny uśmiech, pamięć, życzliwe słowo. Bo w życiu (każdym!) najważniejsza jest miłość, a ta wyraża się i realizuje w zażyłości z Bogiem (On jest Miłością) i w przyjaznych relacjach z innymi ludźmi. I tak naprawdę tylko wtedy możemy być szczęśliwi. Zgorzkniała, zakwaszona w pretensjach do świata osoba, nawet w najpiękniejszym habicie, czyni siebie nieszczęśliwą i w życie innych ludzi nie wniesie radości. Że trudno – a kto obiecał, że będzie łatwo?! Nasz ojciec założyciel, bł. Bronisław Markiewicz (1842-1912), modlił się: „Daj mi, Panie, miłość Twoją, a to mi wystarczy” – wierzę w to i bardzo mocno podpisuję się pod tym. A gdzie miłość, tam musi zaboleć! Ale przecież lepiej kochać i cierpieć, niż cierpieć i nie kochać!

Powstawanie naszej rodziny zakonnej – Zgromadzenia Sióstr św. Michała Archanioła – związane było bardzo mocno z krzyżem i cierpieniem. Maria Winowska napisała o tym książkę pt. Droga Krzyżowa karczowników. Ale jednocześnie od samego początku (tj. od 1894 roku) siostry były wspaniałymi wychowawczyniami, opiekunkami, wręcz matkami dziesiątek, setek osieroconych i opuszczonych dzieci. Czy wyobrażacie sobie dobrego wychowawcę, który zawsze nosi swój krzyż tak, że wszyscy muszą patrzeć tylko na jego zbolałą minę albo wyczuwają skrywane w głębi serca nieszczęście? Jezus Oblubieniec sprawiał, że te siostry naprawdę były szczęśliwe i dlatego mogły otoczyć miłością biedne, zaniedbane dzieci. Naszym celem było i jest wychowanie tych, którzy nie mogą cieszyć się miłością swoich rodziców i ich odpowiedzialną troską. Toteż prowadzimy całodobowe placówki wychowawcze i świetlice. Pomagamy także rodzicom w opiece nad ich pociechami – prowadzimy przedszkola. Ponadto uczymy w szkołach, pracujemy w zakrystiach. Od 25 lat prowadzimy działalność misyjną w Kamerunie (Afryka), jesteśmy też w kilku krajach Europy.

Od chwili zatwierdzenia zgromadzenia, tj. od 1928 roku, nosimy czarny habit i welon. Nasza współzałożycielka, służebnica Boża Matka Anna Kaworek (1872-1936), czekała 34 lata, by móc założyć zakonny strój. Budowała z siostrami klasztor, otwierała placówki i mimo poważnych przeciwności ufała, że będziemy zgromadzeniem zakonnym. Dziś wszystkie siostry modlą się o jej beatyfikację.

Nosimy także medalion ze św. Michałem Archaniołem. Patron zgromadzenia pomaga nam toczyć „bezkrwawy bój” o chwałę Bożą w nas i w tych, do których jesteśmy posłane.

Chcecie nas bliżej poznać? Zapraszamy serdecznie.

S. Dawida Ryll
ze Zgromadzenia Sióstr św. Michała Archanioła

 

Z książki Kajetana Rajskiego, Oto jestem. Siostry zakonne o powołaniu