Przejdź do zawartości

Stałem się wszystkim dla wszystkich, aby zbawić wszystkich

26 maja 2011, 12:55 w Zasoby, Świadectwa

STAŁEM SIĘ WSZYSTKIM DLA WSZYSTKICH,

ABY WSZYSTKICH ZBAWIĆ

 

Ks. bp Stanisław Stefanek TChr: święcenia kapłańskie przyjął 28 czerwca 1959 r., doktor teologii, biskup ordynariusz diecezji łomżyńskiej.

 

Drogę do kapłaństwa wyznacza Bóg odwiecznym wyrokiem Opatrzności, On udziela także właściwej pomocy – łaski rozeznania powołania i codziennego wsparcia w realizowaniu tegoż Bożego zaproszenia. Mówimy o szczególnym wybraniu, które Ojciec Święty Jan Paweł II nazwał darem i tajemnicą.

Chciałbym, w krótkim świadectwie, mówić o drugim wymiarze tej drogi; tę Boską szczodrobliwość daru i szeroki wymiar Jego zadań, które każdemu z nas wyznacza, zostawiam w jakimś wymiarze na boku, a chcę mówić o zewnętrznych okolicznościach, które wpływały na poszczególne etapy mojej drogi do kapłaństwa.

Decyzja pójścia do seminarium, czyli podjęcia drogi kapłańskiej, ustabilizowała się w moim sercu wyjątkowo wcześnie, bo pod koniec szkoły podstawowej, wtedy siedmioklasowej. Przełom wojenny sprawił, iż nie tylko mogłem się uczyć, ale w sposób przyspieszony podjąłem naukę w wiejskiej, małej szkółce. Już jako trzynastoletni chłopak w 1949 r. ukończyłem szkołę podstawową i byłem zdecydowany iść do seminarium. Moi Rodzice byli ludźmi bardzo głęboko religijnymi, odległość sześciu kilometrów od kościoła parafialnego nigdy nie była usprawiedliwieniem opuszczenia niedzielnej Eucharystii, ale byli dosyć zaniepokojeni moją decyzją. Były próby perswazji, że takie decyzje podejmuje się w wieku dorosłym. Wytłumaczyli mi, że trzeba mieć maturę, trzeba ją zdobyć w szkole średniej, tam też złożyłem odpowiednie dokumenty. W międzyczasie przeczytałem dosyć przypadkowo w miesięczniku „Msza Święta”, że w Poznaniu także po szkole podstawowej przyjmują do „szkoły na księży”. Nie miałem jakiegoś rozeznania, co to jest Niższe Seminarium Zakonne, ale wiedziałem, że już po szkole podstawowej można „uczyć się na księdza”. Pod koniec czerwca 1949 r. wybrałem się do Poznania, ażeby zdać egzamin wstępny, który akurat wypadł w tych dniach, gdy w katedrze lubelskiej pojawił się znak łez na Obrazie Matki Bożej. Miałem więc spore trudności, ażeby z Poznania wrócić do domu, ponieważ nie sprzedawano biletów do Lublina – taki był nacisk administracyjny – ponieważ jak twierdzono: „zabobonny i głupi naród pędzi oglądać jakieś sztuczki, które księża zorganizowali w lubelskiej katedrze.” Jakoś płaczem przekonałem kasjerkę, że ja nie jadę oglądać sztuczek księżowskich, a wracam po prostu do swoich rodziców. Trzynastoletni, rozpłakany chłopak wzbudził litość i udało mi się kupić bilet. Wróciłem do domu po to, ażeby od 1 września podjąć naukę w Niższym Seminarium Duchownym, które wtedy księża chrystusowcy prowadzili w Ziębicach na terenie archidiecezji wrocławskiej. To była pierwsza, taka maleńka zajawka szczególnych okoliczności, które będą mi towarzyszyć w kolejnych etapach zbliżania się do ołtarza.

Po dwóch latach, a więc pod koniec czerwca 1951 r., dowiedzieliśmy się, że władze państwowe zlikwidowały nasze seminarium, że powinniśmy wrócić do domów i w szkołach średnich zdobyć matury. Jeżeli będziemy chcieli dalej podjąć życie zakonne, to będziemy mogli zgłosić swoje kandydatury. Ale jest też druga możliwość. Przełożeni powiedzieli: „Możemy was przyjąć do nowicjatu, czyli rozpoczniecie normalne życie zakonne i po nowicjacie umożliwimy wam ukończenie szkoły średniej i oczywiście studia w Wyższym Seminarium. Ale trzeba się zastanowić”. Przecież ja nie przyszedłem do seminarium po to, żeby się zastanawiać, lecz po to, żeby się uczyć. Bez wahania powiedziałem przełożonemu, że zapisuję się do nowicjatu. To jest moja zasadnicza droga, a czy ona będzie w takiej czy innej formie realizowana, to przełożeni zadecydują. Takim sposobem, 15 sierpnia 1951 r., gdy już władze zlikwidowały Niższe Seminarium – zabrano budynki, zniszczono wszystko, co się dało zniszczyć – znalazłem się w wypożyczonym przez zakon domu w Bydgoszczy, przy ulicy Kujawskiej 117. Dzisiaj ulica ta nosi imię Jana Pawła II i w gmachu tym mieści się Wyższe Seminarium Duchowne diecezji bydgoskiej.

Odbyłem rok nowicjatu i wróciłem z powrotem do Ziębic. Tam przez dwa lata realizowany był program szkoły średniej pod kryptonimem propedeutica filosofiae, czyli wstęp do filozofii. Chodziło o to, aby uzasadnić przed władzami państwowymi funkcjonowanie seminarium, które miało nietypowy program. Pod takim właśnie hasłem ukończyłem dwa lata szkoły średniej i zdałem maturę tzw. wewnętrzną. Przełożeni powiedzieli nam, że będziemy zdawać maturę zgodnie z wymogami komisji państwowej, a ponieważ nie ma zgody na jej odbycie, nasza matura będzie wewnętrzna: „Pójdziecie na studia filozoficzne i teologiczne, a jeżeli czasy się zmienią, dokumentację zachowacie, mamy nadzieję, że tę maturę wewnętrzną zalegalizuje jakaś przychylniejsza władza”.

Czekaliśmy na tę władzę do 1956 r. Wydawało się, że przyjście W. Gomułki zmieni naszą sytuację. Ja w międzyczasie rozpocząłem w Poznaniu, właśnie w tymże roku, studia teologiczne, po skończonej szkole średniej i dwóch latach filozofii. Dowiedzieliśmy się, że nowa władza o tyle jest przychylniejsza, że pozwala nam, absolwentom niższych seminariów, bez chodzenia do szkoły średniej zdawać maturę jako eksterniści – z jedenastu przedmiotów według reguły, jaka obowiązuje każdego eksternistę. Do takiej matury trzeba było się przygotować, minęły przecież prawie trzy lata od matury wewnętrznej. Otrzymaliśmy bardzo znaczącą i skuteczną pomoc ze strony profesorów ze szkół średnich, którzy przypomnieli nam dokładnie materiał w czasie wakacyjnego studium. Na jesieni 1957 r. mogliśmy się zgłosić w liczbie 62 już studentów teologii do zdawania matury państwowej jako eksterniści. Zasadniczo próba udana, może kilku kolegów nie sprostało zadaniom. W ten sposób uzupełniliśmy formalne braki, które narzuciła nam ówczesna władza Polski Ludowej.

Chcę przedstawić następny etap, właśnie ze szczególnym podkreśleniem okoliczności zewnętrznych, mojej drogi – same święcenia kapłańskie. W 1959 r. złożyłem śluby wieczyste w zakonie i przyjąłem święcenia, wówczas subdiakonatu, co oznaczało, że zostałem ostatecznie wpisany na drogę do kapłaństwa. Otrzymałem brewiarz, bo od subdiakonatu obowiązywała mnie modlitwa brewiarzowa. Wtedy to właśnie otrzymałem kartę powołania do wojska. To była pierwsza „branka kleryków do wojska”. Byłem najmłodszy na kursie. Starsi koledzy normalnie szli na szósty rok studiów przygotowywać się do święceń, ja miałem z brewiarzem pójść na dwa lata do wojska. Ten fakt był przedmiotem konsultacji moich przełożonych z prymasem Stefanem Wyszyńskim. Zaproponowano przyspieszenie święceń kapłańskich, ażeby ochronić mnie przed wojskiem i żebym mógł spełniać swoje obowiązki przyjęte w dniu święceń subdiakonatu w warunkach życia zakonnego, a nie w koszarach. Ksiądz prymas udzielił mi potrójnej dyspensy: od studiów – nie miałem VI roku studiów; od wieku – miałem dopiero 23 lata i od wymaganych przerw między poszczególnymi święceniami – diakonat otrzymałem w czwartek, a święcenia kapłańskie w niedzielę, 28 czerwca 1959 r. W pośpiechu udało mi się jedynie zaprosić Rodziców do Poznania. Nie mieli nawet godziny na przygotowanie się do podróży i Tata dopiero na dworcu w Lublinie, w czasie przesiadki, ogolił się przed przybyciem do domu zakonnego księży chrystusowców na święcenia kapłańskie syna.

Ze względu na konieczność przygotowania, Mszę św. Prymicyjną odprawiłem 12 lipca 1959 r. w rodzinnej parafii Niedrzwica Kościelna k. Lublina. Na szczęście Urząd Kontroli Prasy i Widowisk zezwolił na wydrukowanie obrazka prymicyjnego. Napisałem na nim zawołanie wzięte z tekstu św. Pawła: „Stałem się wszystkim dla wszystkich, aby wszystkich zbawić” (1 Kor 9,22).

W tym roku zbliża się czas szczególnego dziękowania za to kapłańskie życie, za drogę, która dobiega pięćdziesiątej rocznicy. Oczywiście studia teologiczne dokończyłem w seminarium i dopiero po VI roku studiów zostałem posłany do pracy na parafii.

Był jeszcze jeden moment, w którym skrzyżowały się Boże wyroki z zewnętrznymi warunkami, będącymi historią ostatnich lat naszej Ojczyzny. To był rok mojej nominacji na biskupa pomocniczego do Szczecina. W dniu 5 czerwca 1980 r. otrzymałem z rąk księdza prymasa wolę Ojca Świętego Jana Pawła II. Konsekrację wyznaczono na dzień 24 sierpnia w Szczecinie.

Tym razem Rodzice musieli pokonać jeszcze dalszą drogę: z Lublina do Szczecina. Stan zdrowia Mamy nie pozwalał na taką podróż. „Muszę jechać, nie muszę wrócić” – odpowiedziała. Uczestniczyła w Mszy św. święceń; jak się później okazało Komunia św., której udzieliłem mojej Mamie w katedrze św. Jakuba w Szczecinie była dla niej wiatykiem na drodze do wieczności. Odeszła do Domu Ojca w Kutnie, w czasie powrotnej drogi do Lublina.

W międzyczasie wybuchły strajki na wybrzeżu. Święcenia moje odbywały się w atmosferze, ogromnych napięć tak, iż Komitet Strajkowy Stoczni Szczecińskiej, który utrzymywał bliski kontakt z miejscowym biskupem, był nim wtedy śp. ks. abp Kazimierz Majdański, zaproponował, ażeby młodego biskupa święcić w hali, na terenie stoczni dla zaznaczenia jedności społeczeństwa z robotnikami. Ostatecznie odstąpiono od tego pomysłu. Święcenia biskupie otrzymałem w katedrze pw. św. Jakuba w Szczecinie, ale wprost z uroczystości kościelnych pojechaliśmy na spotkanie z Komitetem Strajkowym. Atmosfera tamtych dni towarzyszyła całej mojej drodze biskupiej. Kolejne etapy tej drogi to stan wojenny, to uczestnictwo w sądach wojskowych, które w Bydgoszczy wydawały wyroki na naszych stoczniowców, to odwiedziny internowanych w więzieniach, to inne spotkania z naszym społeczeństwem, które Opatrzność Boża prowadzi trudną drogą i któremu zawsze potrzebne jest światło Ewangelii.

Ks. bp Stanisław Stefanek TChr

Z książki Kajetana Rajskiego Oto jestem. Kapłani o powołaniu