Przejdź do zawartości

Wierzę

17 maja 2011, 10:27 w Zasoby, Świadectwa

Tagi: , ,

CREDO

S. Dominika Sokołowska OP: profesję wieczystą złożyła 6 czerwca 1979 r., siostra przeorysza, dom zakonny w Wilnie, Wikariat Aniołów Stróżów obejmujący Litwę, Łotwę i Estonię, Zakon Kaznodziejski.

Na pierwszym roku fizyki przestałam chodzić do kościoła. Wstępowałam tam tylko dlatego, by się pomodlić przed egzaminem, więc to bez sensu. Sens widziałam w rajdach, imprezach, weszłam w środowisko „kobiety, wino i śpiew”. Zawaliłam pierwszy rok… Dwa lata deklarowałam się jako ateistka. I nagle na wykładzie z fizyki jądrowej zachwyciłam się genialnością budowy jądra atomowego. Zobaczyłam powiązanie między siłami, które w nim działają, a tym, co dzieje się w kosmosie. Przerwałam absorbujące notowanie matematycznych wzorów i zaczęłam spontanicznie się modlić. Poczułam zachwyt nad stworzeniem, zobaczyłam, iż światem kieruje Stwórca. To dlaczego nie wierzę, w co nie wierzę? – zadawałam sobie pytania. Na dodatek, skoro jestem niewierząca, to dlaczego się modlę? Poszłam do kościoła Przemienienia Pańskiego w Katowicach. Schowałam się za filarem. Chciałam usłyszeć, co powie ksiądz, bo poziom mojej wiedzy religijnej zatrzymał się na III klasie podstawówki, ale z góry byłam przeciwna jego nawracaniu. A on, pełen fascynacji, zaczął opowiadać o Gandhim. Że ten Hindus, niekatolik, oparł całe życie na prawdzie.

Ten ksiądz nazywał się Czesław Domin, przyszły biskup… Szukałam książek o Gandhim. Dzięki niemu zaczęłam zastanawiać się nad prawdą o moim życiu. Pierwszy raz pomyślałam, że to, kim będę, zależy tylko ode mnie. Przychodziłam na spotkania duszpasterstwa. Moja przemiana trwała rok i już czułam się „nawrócona”, ale kiedyś, po większej balandze, uświadomiłam sobie, że nie ma nawrócenia bez przemiany życia moralnego. To było trudne. Dr Jasielska z katedry fizyki współczesnej przypomniała sobie, że jestem harcerką, i zaproponowała mi rekolekcje zamknięte. A ja od harcerstwa odeszłam w alkohol, papierosy. Pojechałam, bo z asystentem lepiej nie zadzierać. A tam ksiądz zaczął od słów, że jeśli ktoś wierzy w Jezusa, to powinien uwierzyć we wszystko, co On powiedział. To mnie powaliło. Ja, która dotąd sama się popisywałam, że skoro Jezus zamienił wodę w wino, to mam prawo je pić, ile chcę, zaczęłam przyjmować, że Jego Ewangelia jest jedyną prawdą.

Zaraz po studiach oświadczył mi się jeden z kolegów. Tak jak odeszłam bezmyślnie od Boga, tak i w tej sferze byłam bezmyślna. Wydawało mi się, że nasze układy były tylko koleżeńskie. Okazało się, że jest inaczej. Odmówiłam mu i miałam poczucie, że jakoś go krzywdzę. Dotarło do mnie, że muszę zdecydować o życiu. Nie być stale panną na wydaniu, ale odpowiedzieć sobie, czy w ogóle chcę wyjść za mąż. To był czas zdecydowanej korekty, ustawienia kontaktów męsko-damskich. Wybrałam Jezusa. Postanowiłam nie dawać nikomu nadziei, utrzymywać dystans wobec chłopaków, by nie sprawiać im potem cierpienia. Szukałam swego miejsca na ziemi. Najpierw była praca w szkole, potem na uczelni, działania charytatywne. Nie należałam do partii, dlatego pojawiły się trudności – dwukrotnie zmieniano mi temat pracy doktorskiej. Postanowiłam nie przejmować się doktoratem, ale uzupełniać wiedzę o Bogu, któremu już pragnęłam oddać się całkowicie. Zapisałam się zaocznie na ATK i w końcu… wstąpiłam do dominikanek klauzurowych w Świętej Annie.

Założycielem naszego Zakonu Kaznodziejskiego jest pochodzący z Hiszpanii św. Dominik. W 1206 roku zgromadził on w pierwszym klasztorze klauzurowym w Prouilhe dziewięć kobiet nawróconych z herezji albigeńskiej. Na ziemie polskie przybyłyśmy w drugiej połowie XIII wieku.

Niektórzy mówią, że to takie wygodne życie – bez kłopotów z dziećmi, mężem pijakiem… Kiedy wstępowałam do zakonu, nie musiałam myśleć np. o peerelowskich kolejkach, pustych półkach, bo tymi sprawami zajmuje się w klasztorze ekonomka…

Gdy chodzi o stronę techniczną, to życie za klauzurą jest wygodne. Dzielimy między siebie obowiązki – jedna siostra myśli o zaopatrzeniu, druga – skąd wziąć pieniądze, trzecia – co ugotować.

Sama na początku odpowiadałam za prasowanie. Może wygodniej nam się tu żyje, natomiast dużo trudniej to życie jest nam dobrze przeżyć. Cała trudność polega na tym, że stale dotykamy Boga, który jest niewidzialny, nieskończony. Ciągle Go szukamy i wciąż mamy poczucie, że Go nie znajdujemy, każdego dnia próbujemy się z tym na nowo zmierzyć.

Z jednej strony dotykamy rzeczywistości nadprzyrodzonej, a z drugiej – czujemy człowieczeństwo, grzeszność. To jest ciągłe napięcie pomiędzy tym, co skończone, a tym, co nieskończone, tym, co słabe, a tym, co mocne. Pragniemy, żeby czas modlitwy był rzeczywiście czasem wołania do Boga, byśmy nie zawiodły, bo przecież tak wielu wierzy w nasze wstawiennictwo. Ale też jest to czas wsłuchiwania się w Niego, aby Słowo coraz pełniej mogło w nas zamieszkiwać.

Śluby wieczyste złożyłam 6 czerwca 1979 roku w Świętej Annie na ręce Matki Alberty Pietruszki. Na obrazku umieściłam tylko jedno słowo: Credo.

Nasz strój zakonny składa się z habitu, będącego znakiem naszej zakonnej konsekracji i świadectwem ubóstwa, złożonego z białej tuniki ściągniętej paskiem z przyczepionym różańcem, białego szkaplerza oraz czarnego welonu i kapy.

W swoim życiu zakonnym pełniłam różne obowiązki we wspólnocie. Ostatnimi laty służę współsiostrom jako przeorysza – najpierw w swoim macierzystym klasztorze w Świętej Annie, później w Radoniach, a obecnie pełnię tę posługę we wspólnocie wileńskiej.

W klasztorze dostajemy dziesiątki e-maili z intencjami i podziękowaniami. Ktoś pisze, że dziecko przyszło na świat, i to zdrowe, a było zagrożone chorobą. Ktoś wyzdrowiał. Jakiś pan przyjechał, mówiąc, że jego matka umarła, ale dzięki naszym modlitwom była spokojna, a on sam umiał to przyjąć i przeżyć. To nas podbudowuje. Trudem życia w zakonie klauzurowym jest fakt, że tu i teraz nie widać owoców naszej działalności. Efekt modlitwy jest niewidzialny, możemy tylko wierzyć w jej skuteczność, ale i przede wszystkim w Bożą łaskawość.

Pomiędzy modlitwą a pracą, wypełniającymi prawie cały nasz dzień, znajdujemy też czas na to, by być razem ze sobą we wspólnocie. Jest to zazwyczaj tzw. czas rekreacji, niemniej ważny dla dominikańskich mniszek, prowadzących życie wspólne, choć w samotności i milczeniu przed Bogiem. I paradoksalnie, nawet w klasztorze kontemplacyjnym można wpaść w pracoholizm. Z tym że nasza praca nie jest efektowna – dotyczy dobrze wyplewionego ogródka czy robienia zapraw na zimę. Ale tak się siostry mogą w tym zapamiętać, że nie mają czasu na modlitwę i inne zajęcia. Dlatego ustalony rytm dnia chroni nas przed takim aktywizmem. Pozwala dozować modlitwę i pracę.

Modlitwa to stały wysiłek trwania przed Bogiem. Nieustannie musimy się przebijać przez własną ograniczoność i stąd częste poczucie, że nasza modlitwa jest bezowocna. Zwykle oceniamy ją w kategoriach zmysłów, odczuć. Raz czuję, że jest dobrze, drugi raz, że jakoś było nudno. Dla mnie zawsze umocnieniem był przykład Matki Teresy z Kalkuty. Całe życie przeżywała „noc wiary”, żadnych pomocniczych łask, tylko posucha, cierpienie. Ale przecież kiedy patrzymy w słońce, nie widzimy nic, bo nas oślepia. Nadmiar światła, jaki ją otaczał, sprawiał, iż myślała, że to noc. Tak jest z oceną naszych modlitw. Jedynym wykładnikiem, że modlitwa była owocna, jest fakt, że ja staję się lepsza.

Jesteśmy w tej uprzywilejowanej sytuacji, bo zgłębiamy słowo Boże, wmyślamy się w nie, zaczynamy się w kontakcie z Bogiem wysubtelniać. Kiedy spotykamy się z kimś, kto nie ma tej dawki modlitwy co my, lepiej widzimy w jego życiu działanie Boże. To dzięki modlitwie wiem, że Bóg tak bardzo często nas zaskakuje. Przychodzi jak złodziej i zabiera coś, co stanowi przeszkodę na drodze do Niego.

Każdy z nas ma potrzebę samotności, ale ludzie ją zagłuszają, noszą słuchawki na uszach, żeby nie usłyszeć siebie. Od początku wiedziałam, że idąc za klauzurę idę w milczenie i samotność. Ale to samotność, której pragniemy, nie osamotnienie, bo stale mamy świadomość, że obok są siostry. I choć samotność bywa bardzo bolesna, to zakonnica chce w nią wejść jako w miejsce spotkania z Bogiem. Nieraz staję przed Najświętszym Sakramentem, a w głowie mam cały świat – rachunki, listy, sprawy zaplanowane. Trzeba to oddać Bogu, opróżnić serce, żeby było tam miejsce dla pokoju i radości Bożej.

S. Dominika Sokołowska
z Zakonu Kaznodziejskiego

 

 

Z ksiązki Kajetana Rajskiego, Oto jestem. Siostry zakonne o powołaniu